ZAKŁADKA LIVEObejrzyj gale na żywo korzystając z naszej zakładki live!

„Zło dobrem zwyciężaj” – czyli o dobrych postaciach słów kilka

Każdy heros potrzebuje potężnego antagonisty, który będzie równoważył jego moc. W końcu siłę człowieka wyznacza ilość i autorytet jego wrogów. Superman miał Lexa Lugera, Batman walczył z Jokerem, USA podczas zimnej wojny zmagało się ze Związkiem Radzieckim, a Jackie Robinson wziął się za bary z rasizmem panującym na terenie Stanów Zjednoczonych. Legendę zwycięzcy napisał ogrom klęski jego oponenta.
Podobnie rzecz ma się w świecie profesjonalnego wrestlingu. Przez lata to wielka walka dobra ze złem była motywem przewodnim większości rywalizacji. Doskonale ilustrują to historie bojów toczonych przez Ciampę i Gargano, The Rocka i Austina czy Michaelsa i Triple H’a. Jim Cornette powiedział w jednym z wywiadów, że gdyby wielka wojna pomiędzy Teksańczykiem a Samoańczykiem nie wypaliła, to nie byłoby czegoś takiego jak Attitude Era. W tych zmaganiach mieliśmy charyzmatycznych heelów i wspaniałych, wyrazistych wybawicieli, których publika kochała. Dzięki umiejętnemu kierowaniu emocjami i reakcjami fanów ci zawodnicy potrafili stworzyć ponadczasowe momenty i walki. Na sukces rywalizacji pracowali obaj wrestlerzy, a zwycięscy bohaterowie (lub złoczyńcy) dostawali mocnego kopa, po pokonaniu głównego wroga (bądź ulubieńca) publiki.
Ilu fanów wrestlingu wymieni w gronie swoich pięciu ulubionych wrestlerów wszech czasów Roba Vana Dama? Jednostki. Lecz rzecz miała się inaczej podczas One Night Stand w 2006 roku, kiedy ten sięgał po tytuł mistrza WWE. Wtedy, dla blisko dwóch i pół tysiąca ludzi zgromadzonych w Hammerstein Ballroom na Manhattanie, RVD był bogiem. Poziom nienawiści jaką publika darzyła jego oponenta – Johna Cenę – można było mierzyć tylko w Breivikach. Co prawda rządy Roba zostały przerwane przedwcześnie przez sprawy niezwiązane z jego osiągnięciami w ringu, ale jego walka z Johnboyem osiągnęła status legendy. Przyłożyły się do tego między innymi chanty, którymi uraczyli chłopaka z Massachusetts fani ECW.

Zdecydowanie lepiej ułożyło się panowanie CM Punka, którego reign trwał 434 dni. Second City Saint jest doskonałym przykładem tego jak można, jako face, utrzymać się tak długo na „szczycie góry” i nie zanudzić fanów. Na podobnego mistrza przyjdzie nam czekać kilka ładnych lat. Bryan trzymał pas za krótko, żeby go oceniać. Panowanie Deana nie było nawet w połowie tak dobre jak CM Punka. Rzetelność dziennikarska każe dodać, iż miałoby one większe znaczenie, gdyby Roman nie postanowił zabawić się w Króla Albanii. Właściwie dopiero Styles trafił na odpowiedni grunt. Szczególnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy, kiedy pretendentem do jego tytułu został Samoa Joe, z którym AJ stanie w szranki w tę niedzielę podczas WWE Super Show-Down.
W ten oto sprytny sposób wracam do teraźniejszości. A tu co? A tu „pospolitość skrzeczy”. Żyjemy w czasach, w których nie opłaca się być porządnym gościem. Kobiety uważają, że łobuz kocha najbardziej, światem rządzi pieniądz, notowania takich wartości jak honor czy godność spadają szybko i ostro niczym Ikar, a WWE… nie potrafi wypromować ciekawego face’a. Ale zaraz, zaraz. Dopiero co wymieniłem piękne momenty wspaniałych zwycięstw dobrych postaci. Jak to się stało, że w federacji McMahona nie mamy dobrej postaci, która potrafiłaby odpowiednio pokierować reakcją publiki? Przykład? Proszę bardzo. Raw w Seattle. Elias siedzi z Owensem w ringu. Nie spodziewa się, że za chwilę zostanie wrogiem publicznym numer jeden. Gitarzysta i jego kompan doskonale poprowadzili rozmowę, raz po raz dolewając oliwy do ognia. Wiadomo było, że za chwilę będzie musiał pojawić się heros, który wymierzy sprawiedliwość. Po cichu liczyłem na to, że to będzie Cena. Wyszedł Lio Rush. I czar prysł. Dlaczego?
Część winy ponoszą fani amerykańskiej federacji. Nie wspieramy tego dobrego, tylko stajemy murem za tym złym. Bo jest lepszym zawodnikiem, lepiej wygląda, bardziej przypadł nam gustu. Bo przecież znamy już wszystkie tajniki pro-wrestlingu, a gdyby pozwolono nam prowadzić ten bolid, to bylibyśmy na mecie szybciej niż Lewis Hamilton… prawda? Ta nasza rzekoma wszechwiedza połączona z wyśmiewaniem tzw. „marków” zabija wrestling szybciej i skuteczniej niż Vince Russo. Przez to ludzie odpowiedzialni za prowadzenie karier zawodników grają na loterii, nie mając żadnego realnego wpływu na to, jak zostaną odebrani zawodnicy. Ostatnio miałem niebywałą przyjemność być na gali polskiej federacji wrestlingu – MZW. Czerpałem radość z wspierania chociażby młodego ambitnego Rafaela oraz wyzywania zepsutego do szpiku kości Lamberta. W WWE jest inaczej. Heelowie zbierają pozytywną reakcję, a człowiek, który miał być ulubieńcem publiczności, jest jej głównym oponentem. Podkreślał to w jednym z wywiadów Triple H. W tym momencie sytuacja jest patowa. Prawdopodobnie dlatego WWE próbuje wyjść z tego impasu, wracając do sprawdzonych postaci typu zabójczy Orton albo włamująca się do domu przeciwnika bestia. Na razie zdaje to egzamin i ci zawodnicy zbierają zamierzoną reakcję. Jak będzie dalej? Czas pokaże.
Można pokusić się o stwierdzenie, że WWE samo postawiło się w tej sytuacji. Długoletnie niszczenie magii wrestlingu daje teraz owoce. Wszystko zaczęło się od słynnego incydentu w Madison Square Garden (chociaż gdyby to się nie wydarzyło, to nie usłyszelibyśmy jednego z najpiękniejszych prom w historii).

Później było już tylko gorzej. Zawodnicy zaczęli coraz częściej łamać kayfabe czy to w wywiadach, czy podczas gali. To zjawisko osiągnęło swoje apogeum podczas tegorocznego Pokazu Nieśmiertelnych, kiedy Strowman zdobył mistrzostwo dywizji Tag Team wespół z uczniem 4 klasy – Nicholasem. Wiem, że wrestling to dziedzina rozrywki. Nie musicie mi o tym cały czas przypominać. Przecież bardzo, bardzo chciałbym wierzyć, że to co widzę na ekranie jest stuprocentowo prawdziwe.
Rok 2017. Raw po WrestleManii. Roman Reigns właśnie pokonał Undertakera. Jest najbardziej znienawidzonym zawodnikiem na świecie. Może, powtarzam MOŻE, publika wspierałaby go, gdyby walczył z Michaelsem piętnaście lat wcześniej w Montrealu. Idealny moment, żeby zaczął rywalizować z ulubieńcem publiczności i pomógł mu zostać kimś wielkim. Koncertowo zmarnowane. To właściwie jest moment zwrotny. Gdyby jeszcze Roman w miarę szybko przejął główne mistrzostwo i potem po jakimś czasie stracił je na rzecz nowego face’a, który z miejsca stałby się ulubieńcem publiki, to byłoby niezłe rozwiązanie. Lecz tak się nie stało. WWE nie wykorzystało potencjału na stworzenie mocnego „dobrego gościa”. Minęło półtora roku od tych wydarzeń. I co? Mamy nudnego Stylesa i Charlotte (o ironio, ta dwójka jest w jednym zespole w Mixed TT Challenge), średniego Rollinsa oraz komików z New Day. Ostatnio powiewem świeżości jest, również oparty na poczuciu humoru, R-Truth. Nie ma jednego skrystalizowanego ulubieńca publiki – Reigns już nigdy nie otrzyma czysto pozytywnej reakcji. Mdłość „wybawców” najlepiej ilustruje przywołany wcześniej przykład Rusha.
Co zrobić żeby stworzyć nową, działającą rasę face’a? Powiem szczerze, że nie mam pojęcia. Nie widzę recepty. Może trzeba zapytać Austina, Rocka i Jericho jak udało im się odnieść sukces po obu stronach „charakterowej” barykady. Niestety, nie mam jak skontaktować się z wyżej wspomnianymi. Dlatego pytam Was. Co Waszym zdaniem powinno się wydarzyć?

Użyte znaki towarowe, loga oraz nazwy firm są własnością ich prawnych właścicieli, zostały wykorzystane tylko w celach informacyjnych i nie mogą być kopiowane bez zgody ich właścicieli.
Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/misae/public_html/wrestlespot.pl/wp-includes/functions.php on line 3743